czwartek, 21 czerwca 2012

Posman: koń życia


Jutro ostatni (daj Boże!) egzamin w sesji, więc tradycyjnie wszystko wydaje się być ciekawszym zajęciem od nauki, postanowiłam więc napisać dzisiaj kilka słów na blogu. Kilka słów o jednym z dwóch najważniejszych koni w moim życiu. O Pursacie można było przeczytać wcześniej, teraz kilka linijek pragnę poświęcić jego synowi - Posmanowi.

 kilkudniowy Posman na spacerze

i trochę starszy...

z rówieśnikami (także innymi półkrewkami)

Imię wybitnie achał-tekińskie, mimo że papiery nie do końca. Posman jest koniem achał-tekińskim półkrwi - niesie sobie w tę krew po ojcu, jego matka była małopolska. Urodził się ponad 18 lat temu (czas leci nieubłaganie...) u pana Marka Kaźmierczaka w Wilczkowicach, który sprowadził do Polski jego ojca i dwa inne ogiery achał-tekińskie na początku lat 90. Był jednym z pierwszych koni pochodzących z takiego niecodziennego połączenia i jak przy większości z nich okazało się to bardzo trafionym i udanym pomysłem, mimo że patrząc na suchy papier takiego konia, wiele osób mogłoby popukać się w głowę.
Tym bardziej, że oprócz krzyżowania z końmi małopolskimi, ogiery zostały też użyte na klaczach wielkopolskich i... śląskich. Ale to już historia na osobny wpis.


Wracając do głównego bohatera - po urodzeniu wszyscy byli pod niemałym wrażeniem jaki koń przyszedł na świat w małej, podkrakowskiej stajni. A dokładniej pod wrażeniem niesamowitej, niespotykanej maści jaką miało źrebię. Mały miał sierść beżowo-srebrzystej barwy, ciemniejsze, lekko zarysowane "skrzydła" po obu stronach kłębu, czarną grzywę i ogonek oraz ciemne obwódki ("okulary") wokół oczu. Uroku dodawała mu biała łysina przez środek zgrabnej głowy. Urody był nieprzeciętnej - podziw budziła zwłaszcza głowa o orientalnej nucie i wielkie, błyszczące oczy. Takie same jakie miał Pursat.


W miarę dorastania coraz wyraźniej było widać achał-tekińskie wpływy w jego sylwetce, chociaż geny matki też dały o sobie znać - cięższa niż u tekińców głowa i nogi - w stosunku do długiej kłody, dość krótkie. Zmienił też maść na typowo jelenią - był w kolorze świeżo wypieczonej bułki, a w dorosłym wieku nieco ściemniał, pokrył się czarnymi jabłkami, a miejscami (na kłębie, kłodzie, zadzie) jabłka zlały się tworząc ciemne plamy gładko przechodzące w złotą sierść. Dodatkowo, sezonowo zmieniał kolory wręcz o 360 stopni. Tę niezwykłą maść odziedziczył po ojcu, który miał jej ciemny wariant - wyglądał jak ciemno-gniady z jasnymi podpalaniami na szyi, kłodzie i zadzie.

 lato 2005

 zima 2008 - prawdziwy kameleon - maść zmienia 4 razy w roku ;-)

Ze względu na dobry charakter i zachowanie w codziennej pracy nie został wykastrowany jak inne ogierki, co niestety utrudniało trochę opiekę nad nim, bo jednak mając ogiera w stajni pełnej kobył, trzeba mieć oczy dookoła głowy. Był próbowany w skokach, wyjechał nawet na trening nad morze, nie wykazał jednak tak dużego talentu jak jego pół-rodzeństwo i wrócił do macierzystej stajni, gdzie jeździł na nim właściciel.

Nasze drogi spotkały się dopiero w 2007 roku, mimo że w tej samej stajni jeździłam od roku 1998. Wcześniej po prostu wiedziałam, że taki koń istnieje i nie interesowałam się nim szczególnie. Owy 2007 rok, wakacje, był momentem w którym spotkała mnie jedna z boleśniejszych strat - z powodu ciężkiej choroby został uśpiony "mój" ukochany Pursat. Ciężko było mi uporać się z tą myślą. Kilka miesięcy wcześniej Posman został wystawiony na sprzedaż i między innymi ja szukałam dla niego kupca. W tym czasie przez przypadek nawiązałam korespondencję z Kingą mieszkającą w Wiedniu, która jako mała dziewczynka jeździła w Starym Młynie, a Posmana uwielbiała i znała od urodzenia. Po wyjeździe z Polski kontakt z nim się urwał. Napisałam jej, że jest możliwość kupienia ogiera i po małych perypetiach, spotkali się znowu po latach i została podpisana umowa kupna. Nowa właścicielka miała dojeżdżać do konia co jakiś czas z Wiednia, a ja miałam na niego oko na miejscu.


  
lato 2005 
 
I tym sposobem dostałam go do jazdy, los chyba chciał mnie jakoś pocieszyć po Pursacie. Miałam cząstkę jego samego, a ta cząstka patrzyła na mnie takimi samymi, wielkimi, pełnymi mądrości oczami.

Pamiętam doskonale pierwszą jazdę na nim. Bałam się i cieszyłam jednocześnie. Zaskoczyło mnie, że jest dość wąski, drobny, siedziałam jak na jakimś śledziku. Zupełnie inne wrażenie po potężnych, konkretnych koniach, na których miałam okazję jeździć. Zapamiętałam też jego kłus - ledwo dający się wysiedzieć. Spodziewałam się miękkich, achał-tekińskich ruchów do których przyzwyczaiła mnie ta rasa, a tu niespodzianka - nic z tych rzeczy - ruchem najwyraźniej Złoty wdał się w matkę.


lato 2008
 
Nowością dla mnie, było też jego rżenie w czasie jazdy - pierwsze takie wołanie do koni przeszywające ciszę naszej samotnej jazdy na wielkiej łące, przyprawiło mnie prawie o zawał. Musiałam się nauczyć wielu różnych rzeczy, ale dzięki temu żaden ogier nie jest mi już straszny i ogierze wybryki oraz niesubordynacje nie robią na mnie żadnego wrażenia. Co więcej umiałam przewidzieć jego różne reakcje. Pan Kaźmierczak śmiał się kiedyś, że słyszę i widzę więcej niż sam koń. ;-)


 lato 2009

Nasza współpraca trwała przez trzy lata, piękne lata, chyba jedne z piękniejszych, jeśli chodzi o konie. raz z górki, raz pod górki, czasem z wielkim uśmiechem, momentami ze łzami w oczach, ale to było wspaniałe doświadczenie.

 lato 2009

 lato 2009

Przez ten czas Posman zmienił się niesamowicie - pod względem sylwetki, masy, umiejętności. Rzeźbiłam z nim sama, starając się więcej zrobić dobrego niż popsuć. Nawet ten dramatyczny, twardy kłus się poprawił na tyle, że spokojnie można było się rozsiąść w ćwiczebnym.

 zima 2010

wiosna 2010

Niestety doszliśmy do miejsca, z którego sami już byśmy nie ruszyli do przodu, a nie bardzo była możliwość mieć konkretną pomoc z dołu. Mnie dopadło też tzw. wypalenie i podjęłam trudną decyzję o rozstaniu. Bardzo ciężką, ale konieczną. Jesienią 2010 roku siedziałam na ego złotym grzbiecie ostatni raz. Przez kolejny rok jedynie dowiadywałam się co u niego słychać, bo psychicznie nie byłam w stanie pojechać do stajni. Dopiero po kolejnym roku zdecydowałam się na odwiedziny. Wiosną właścicielka zabrała Posmana do siebie, do Wiednia. Podobno ma się bardzo dobrze. I oby tak było zawsze. :-)


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz